Przed kilkoma dniami w niemieckim St. Wendel rozegrane zostały Mistrzostwa Europy w Maratonie MTB, gdzie na długiej, liczącej 118 kilometrów trasie, jadąca z kontuzją ręki Maja Włoszczowska (Halls Team), zajęła czwarte miejsce. Oto co zawodniczka ekipy Andrzeja Piątka napisała o tym starcie na swojej stronie internetowej.
Dawno nie przeżyłam czegoś takiego jak podczas maratonu w St. Wendel. 118km w błotnistym terenie zajęło mi ponad 6 godzin i przyniosło niestety pechowe - czwarte miejsce. Wyścig był dla mnie po prostu za długi. Nie pamiętam bym kiedykolwiek ścigała się ponad 4,5 godziny, a tutaj przyszło jechać jeszcze 1,5 więcej. Faworytką była oczywiście Sabine Spitz i to ona zdobyła koszulkę Mistrzyni Europy w maratonie.
W pierwszej połowie wyścigu byłam nawet zaskoczona swoją dobrą dyspozycją. Byłyśmy z Madzią mocno zmęczone podróżą z Pekinu, przestawianiem się na europejski czas i później długim podróżowaniem do St.Wendel. A mimo to blisko 3,5 godziny jechałam w towarzystwie Sabine i wcale nie było to dla mnie zabójcze tempo. Później niestety momentalnie zaczęłam opadać z sił. Jakiś czas jechałam druga, po czwartej godzinie dogoniła mnie Holenderka Arielle van Meurs. Wtedy już zupełnie "odcięło mi prąd" i ledwie toczyłam się po trasie. Przyznam, że na rowerze trzymało mnie tylko to, że jechałam na pozycji medalowej. W każdym innym wypadku zjechałabym z trasy. Byłam po prostu na skraju wytrzymałości. Bałam się, że zaraz zemdleję, przewrócę się do jakiegoś rowu i tam zasnę. Poważnie. Nawet zaczęłam się zastanawiać, czy brązowy medal w maratonie jest wart takich okrutnych katuszy.. Powiedziałam sobie jednak, że choćby nie wiem co, muszę dojechać do mety. Niestety na 15km do końca trzecie miejsce odebrała mi Szwajcarka Esther Suss (Mistrzyni Europy z ubiegłego roku). I nic nie byłam w stanie zrobić. Mimo wielkiej siły woli mój organizm po prostu nie mógł mi już w żaden sposób pomóc. Ostatnie kilometry ciągnęły się w nieskończoność. Byłam nawet w stanie wycofać się na 5km do mety, na szczęście nie było gdzie...;). Skrajnie wyczerpana dojechałam na stadion w St.Wendel i marzyłam tylko o tym by się położyć. Ale nawet to mnie nie uszczęśliwiło. Dopiero kilka godzin po mecie "względnie" doszłam do siebie i uśmiech wrócił na moją twarz.
Czwarte miejsce oczywiście przykre, ale wiem, że więcej nie byłam w stanie zrobić. Po prostu nie byłam przygotowana na taki dystans i nic dziwnego, bo w końcu na XC ścigamy się po 2h (co i tak uważam za bardzo długi wysiłek na maksymalnych obrotach). Poza tym po przeglądnięciu wyników doszłam do wniosku, że wytrzymałość na takie dystanse chyba przychodzi z wiekiem... Wszystkie zawodniczki przede mną i te tuż za mną były ode mnie starsze o 6 do 12 lat... Jestem z siebie naprawdę dumna za to, że i tak bardzo długo wytrzymałam z Sabine Spitz, a później mimo takiego kryzysu zdołałam dojechać do mety i to jeszcze na czwartym miejscu. Niestety z powodu defektu wyścigu nie ukończyła Madzia Sadłecka.

Jeszcze na koniec dodam, że podziwiam tych wszystkich, którzy dla przyjemności startują w różnych ekstremalnych wyścigach, typu 24h non-stop, czy 200 kilometrowe maratony. Skrajny wysiłek czasem jest przyjemny (zwłaszcza gdy się go ma już za sobą ;)), ale dla mnie w sobotę było naprawdę za dużo.
PS. St. Wendel niedaleko od Stuttgartu, skąd mieliśmy samolot, więc w niedzielę mogliśmy obejrzeć zmagania elity panów podczas szosowych Mistrzostw Świata. Co prawda w moim stanie średnią przyjemność sprawiało mi oglądanie ich jazdy przez blisko 7 godzin, jednak ostatnie okrążenie było warte czekania. Fantastyczny pokaz sił Bettiniego. Aż ciarki przechodziły i łezka szczęścia się w oku zakręciła (to był mój faworyt :)). Sama troszkę żałuję, że w Stuttgarcie nie startowałam, jednak rekonesans w Pekinie był ważniejszy, a po podróży z Azji, nie miałabym co liczyć na dobry wynik na szosie, a tylko po taki chciałabym jechać. Brawa dla Tomka Marczyńskiego i Przemka Niemca, którzy dojechali do mety w pierwszej grupie, odpowiednio na 33 i 47 miejscu. Oraz oczywiście gratulacje dla młodzieżowców za ładny występ (12 miejsce zajął Paweł Cieślik). Szkoda, że w wyścigu pań w kraksie uczestniczyła Paulina Brzeźna, która mogła przynieść dużo radości polskim kibicom.
Źródło tekstu i zdjęcia::
majawloszczowska.pl